Kończy się 2025 rok i łapię się na tym, że coraz częściej myślę o tym, w jakim miejscu są dziś prawa kobiet — i jak realnie wpływają na nasze życie: zdrowie, wybory, pracę, relacje, pasje. Tyle że tym razem nie chcę pisać wyłącznie z własnej perspektywy. Chcę, żeby Rety Kobiety oddało głos innym: kobietom i mężczyznom, którym idea równości jest bliska. Bo feminizm nie dzieje się tylko na transparentach, w debatach i nagłówkach. Dzieje się też w domu, w pracy, w codziennych decyzjach. Czym jest dla nich feminizm na co dzień?
Dlaczego zapytałam inne osoby? Bo Rety Kobiety to społeczność, którą łączy przekonanie, że równość praw kobiet i mężczyzn ma znaczenie. Tylko co dokładnie kryje się za tymi dużymi słowami? Jak wygląda „równość” wtedy, gdy schodzimy z poziomu idei na poziom zwykłego dnia — rozmowy, obowiązków, granic, szacunku, wsparcia? Do tej mini-ankiety zaprosiłam osoby w różnym wieku, z różnych miejsc (z małych i dużych miast) i z różnymi doświadczeniami: zawodowymi, społecznymi, prywatnymi.
Feminizm jako praktyka życia
Mam też poczucie, że wciąż za mało mówimy o feminizmie jako o praktyce życia — nie tylko jako o temacie medialnym albo elemencie CSR czy PR. A przecież to właśnie w „prozie życia”, w zaciszu domu, w zmęczeniu, w kryzysie i w zwyczajnych dniach najlepiej widać, co jest dla nas ważne. Dla wielu osób feminizm nie jest etykietą — bywa wsparciem, czymś, co spaja, pomaga budować więzi i lepiej rozumieć siebie nawzajem.
Jest jeszcze druga rzecz: o feminizmie bardzo często mówi się w negatywnym tonie — jak o konflikcie, walce politycznej, a czasem po prostu jako o pretekście do wyzwisk. Tymczasem „feministka” czy „feminista” to często ktoś bliski: koleżanka, matka, babcia, ciocia; ale też wujek, ojciec, dziadek, partner, przyjaciel. I może najważniejsze: w codzienności liczą się czyny, nie hasła. A jeśli hasła — to takie, które mają oparcie w działaniu.
Zapraszam do lektury tych krótkich, osobistych głosów. Są różne — i właśnie dlatego warto ich posłuchać. Pozwoliłam je sobie zachować w niemal niezmienionej formie. Miłego czytania!
Julia Michcik, doktorantka w Instytucie Socjologii UJ, feministka
Długo towarzyszyło mi poczucie, że robię za mało, jeśli chodzi o feminizm – że moje działania są zbyt małe, żeby cokolwiek znaczyły. Dopiero z czasem zaczęłam dostrzegać, że znaczenie mają także te ciche, codzienne wybory, które podejmuję, że to właśnie one współtworzą przestrzeń, w której funkcjonuję. Codzienny feminizm stał się dla mnie sposobem patrzenia na świat, który nie wymaga nieustannego heroizmu, ale raczej uważności i zaradności. Chodzi w nim o to, jak myślę o sobie, o innych kobietach, o relacjach, a także o tym, na co się zgadzam, a na co już nie.
Odpuszczenie
To powolne zdejmowanie z siebie ciężaru oczekiwań, które kiedyś wydawały mi się oczywiste, i budowanie poczucia, że mam prawo zajmować miejsce, którego potrzebuję. Odkrywam też coraz wyraźniej, że codzienny feminizm to również zwyczajne radzenie sobie w sytuacjach na tyle, na ile w danym momencie potrafię. Nie zawsze mam siłę, żeby działać i reagować idealnie, nie zawsze wiem od razu, jak chciałabym się zachować, a czasem po prostu wybieram spokój albo wycofanie, bo tego akurat potrzebuję. I zaczynam rozumieć, że to też jest w porządku. Feminizm codzienny nie polega na byciu nieustannie przygotowaną, odważną i konsekwentną, ale na uznaniu własnych ograniczeń i możliwości; na tym, że mogę działać po swojemu. Właśnie dlatego zaczęłam bardziej doceniać te drobne gesty, które mogą przynosić zmiany – najpierw we mnie, a potem stopniowo także wokół mnie.

***
Katarzyna Kubacka, dziennikarka Euronews, działaczka na rzecz praw człowieka
Trochę bawi mnie, kiedy feminizm porównuje się do jakichś skrajnych ruchów — dla mnie to po prostu „oczywista oczywistość”. Z faktu, że jestem kobietą, nie wynika ani moja niższość, ani wyższość. Zastanawia mnie też, kiedy kobiety krytykują feministki, jakby nie zauważały, że to właśnie ruchy feministyczne wywalczyły wiele rzeczy, które dziś uznajemy za normalne: możliwość chodzenia w spodniach, zabierania głosu publicznie czy udziału w wyborach.
Mam wrażenie, że sporo zamieszania robi stereotyp feminizmu: kiedyś kojarzył się głównie z walką o konkretne prawa, a dziś bywa postrzegany jako konfrontacyjny — czasem to ma sens, a czasem nie. Często brakuje nam zatrzymania się i zastanowienia, jaka intencja stoi za czyimiś słowami i działaniami.
Istotna jest profilaktyka przemocy
Jednocześnie ja sama nie czuję potrzeby głośnego podkreślania, że jako kobieta jestem prawnie czy społecznie w gorszej pozycji — bo w moim życiu zawodowym i prywatnym rzadko miałam poczucie uwikłania w patriarchat. Nie uważam też, żeby mężczyźni (poza sytuacją zagrożenia) byli „z definicji” silniejsi. Owszem, są branże, w których dominują mężczyźni, ale ja osobiście nie odczuwam z tego powodu braku siły czy zagrożenia.
Mam jednak świadomość, że dla wielu kobiet nazwanie tego, że struktura, w której żyją, bywa nierówna, może być uwalniające. Ja sama bliższa jestem podejściu opartemu na działaniu — zawodowym czy społecznym — bo to realnie przesuwa granice: wtedy nie prosisz i nie pytasz, czy „możesz” być w jakimś miejscu albo czy „masz prawo” do wyższego wynagrodzenia. Wiem też, że są kobiety — szczególnie w środowiskach z przewagą mężczyzn — które na co dzień doświadczają patriarchalnych mechanizmów, choćby w komentarzach dotyczących płci. Wyobrażam sobie, jak trudne to musi być, i w takich sytuacjach mówienie o tym również jest ważne.
Ogólnie myślę, że warto mówić zarówno o prawach kobiet, jak i prawach mężczyzn. A jeśli chodzi o feminizm, to dziś szczególnie istotna jest dla mnie profilaktyka i przeciwdziałanie przemocy — bo sam fakt, że kobiety mogą robić to, co chcą, jest dla mnie dość oczywisty. 🙂
***
Marta i Aneta, Stowarzyszenie ESSA, działa w obszarze kultury Ostrowiec Świętokrzyski
Codzienny feminizm, czyli: nie, nie budujemy świata bez facetów
Zacznijmy od tego, co zwykle wisi w powietrzu, kiedy pada słowo „feminizm”.
Czy ja teraz muszę podpisać deklarację, że od jutra nienawidzę mężczyzn, palę staniki na balkonie i nie śmieję się z żartów wujka na imieninach?
Nie.
Wolność decydowania o sobie
Dla mnie — i dla nas w ESSA — codzienny feminizm to jest wolność decydowania o sobie.
Tylko tyle i aż tyle. To prawo do życia po swojemu, bez przepraszania za potrzeby, za ambicje, za zmęczenie, za wrażliwość, za to, że raz jesteś lwicą, a raz chcesz schować się pod kocem na kanapie z kubkiem gorącego kakao i dobrą książką i zniknąć dla świata.
I w małym mieście to „po swojemu” ma dodatkowy level trudności. Bo w Ostrowcu ludzie potrafią znać twoją historię szybciej, niż ty zdążysz ją sama przeżyć. Tutaj bardzo łatwo wpaść w schemat: „bądź miła, nie wychylaj się, nie rób szumu, bo co ludzie powiedzą”. A ja naprawdę uważam, że kobiety w takich miejscach zasługują na jeszcze więcej przestrzeni — właśnie dlatego, że codziennie żyją pod lupą.

ESSA: feminizm w wersji praktycznej
Nasze działania nie zaczynają się od wielkich haseł. Zaczynają się od zdań, których kobiety nie słyszały wcale lub od bardzo dawna:
„To jest twój czas.”
„Masz prawo być sobą.”
„Nie jesteś sama.”
„Jesteśmy razem.”
„Zaopiekuj się sobą.”
Brzmi wam to jak banał? Być może. Tylko że w praktyce to jest rewolucja.
Bo wiele z nas przez lata działa na autopilocie: dom, praca, dzieci, rodzice, obowiązki, cudze oczekiwania. A w Ostrowcu ten autopilot bywa turbo realny: „zrób, ogarnij, dowieź, nie narzekaj, nie rozklejaj się”. Kobiety tu są niesamowicie dzielne, tylko często płacą za to ciszą o własnych potrzebach.
A my w ESSA robimy prostą rzecz: przywracamy kobietom przestrzeń. Taką prawdziwą. Nie „kiedyś tam, jak wszystko zrobisz”, tylko tu i teraz.
Book Club „Kobieta z książką”: książka jest pretekstem, a reszta to życie
Book Club to dla mnie chyba najbardziej „codziennofeministyczna” rzecz, jaką robimy. Bo książka jest tylko zaproszeniem. Pretekstem. Bezpiecznym kluczem do drzwi, za którymi zaczyna się rozmowa o rzeczach ważnych.
Spotykamy się, czytamy, dyskutujemy. Czasem się śmiejemy, czasem wzruszamy, czasem to zdanie z książki uderza tak, że nagle milkniemy wszystkie ze łzami w oczach… I często to są spotkania „pomiędzy” — pomiędzy pracą a domem, pomiędzy obiadem a praniem, pomiędzy „muszę” a „już nie mam siły”. Tylko że u nas to „pomiędzy” w końcu staje się „dla mnie”.
I wtedy dzieje się coś, czego nie da się zadekretować żadnym manifestem:
Kobiety zaczynają mówić własnym głosem.
Nie głosem „grzecznej dziewczynki”, nie głosem „silnej, co daje radę”, nie głosem „tej, co nie chce robić problemów”. Tylko swoim.
I ja uwielbiam ten moment, kiedy ktoś mówi: „Ja nie jestem feministką, ale…”
A ja w głowie mam: „Kochana, spokojnie. Nikt cię tu nie będzie egzaminował z definicji.”
Bo jeśli w tym „ale” jest:
„…ale chcę czuć się równowartościowa,”
„…ale chcę mieć prawo do swoich granic,”
„…ale chcę przestać się tłumaczyć, że potrzebuję przestrzeni,”
„…ale nie chcę, żeby moje życie było tylko obsługiwaniem wszystkich dookoła,”
to ja mam ochotę odpowiedzieć: witaj w domu. Usiądź. Oddychaj. Jesteś z nami.
Nikt Ci nie mówi, co masz czuć
W Book Clubie dzieje się też coś jeszcze: to jest miejsce, gdzie nikt ci nie mówi, co masz czuć.
Nie ma oceny, nie ma „przesadzasz”, nie ma „inne mają gorzej”. Jest rozmowa. Jestuważność. Jest ten rodzaj wsparcia, który nie infantylizuje, tylko wzmacnia.
I serio — czasem feminizm to nie jest walka. Czasem feminizm to dwie godziny rozmowy przy książce, po których wracasz do domu (albo idziesz jeszcze na szybkie zakupy, bo jutro nie będzie kiedy) i myślisz: „Kurczę. Ja naprawdę mam prawo być sobą.”
Po co to wszystko?
Po to, żeby kobiety miały swoje miejsce. Takie, w którym:
nie muszą być dzielne dla świata,
mogą odpocząć bez poczucia winy,
mogą powiedzieć „nie” bez tłumaczeń,
mogą powiedzieć „tak” bez strachu,
mogą się rozwijać nie „kiedyś”, tylko teraz.
I po to, żebyśmy przestały wierzyć w ten stary, wredny mit, że wsparcie to słabość.
Nie. Wsparcie to normalność. Wsparcie to higiena psychiczna. Wsparcie to siła.
Zwłaszcza tu, gdzie życie potrafi być „praktyczne do bólu”, a kobiety często są spinaczem całej rodziny. Ostrowiec ma ogromny potencjał — ale też swoje twarde schematy. I my właśnie w tych schematach robimy szczelinę na oddech.
A co z mężczyznami?
Powiem wprost: nie interesuje mnie świat bez mężczyzn. Interesuje mnie świat bez nierówności. Bez lekceważenia. Bez umniejszania. Bez tego cichego komunikatu, że kobieta ma być „wdzięczna, że w ogóle może”.
Chcemy czuć się równowartościowe. W domu, w pracy, w relacjach. Także w swojej własnej głowie. Bo czasem najtwardszym przeciwnikiem nie jest wcale społeczeństwo, tylko nasze wewnętrzne: „nie przesadzaj”, „nie rób scen”, „nie bądź trudna”.
Codzienny feminizm to jest moment, kiedy przestajesz się kurczyć, żeby pasować.
Na koniec …
Brak etykiet
Pamiętaj – nie musisz się etykietować. Nie musisz mieć gotowej definicji. Nie musisz lubić słowa „feminizm”.
Wystarczy, że czujesz, że chcesz mieć swoje życie bardziej po swojemu.
Jeśli chcesz mieć czas dla siebie bez poczucia winy — jesteś mile widziana.
Jeśli chcesz odzyskać głos — jesteś mile widziana.
Jeśli chcesz poczuć, że nie jesteś sama — jesteś mile widziana.
Bo feministki to nie jest jakaś odległa, stereotypowa grupa „onych”.
Feministki to kobiety takie jak my — z Ostrowca Świętokrzyskiego i nie tylko. Zmęczone, ambitne, wrażliwe, czasem niepewne, czasem wkurzone, często pięknie odważne. Takie, które w końcu mówią: „mam prawo być sobą”.
I tego właśnie uczymy się w ESSA — codziennie, po kawałku.
***
Martyna Wajda, autorka feministycznego profilu EjSiostro, pracuje w biznesie
Z wdzięcznością myślę o wszystkich kobietach, które musiały podawać się za kogoś innego, żeby móc studiować. O tych, które wychodziły na ulice, by walczyć o prawo do głosu, często z ogromnymi konsekwencjami. I o tych, które dziś walczą o nasze podstawowe wolności: o prawo do decydowania o własnym ciele, o bezpieczeństwo, o wybór.
Feminizm to mikroakty
Dla mnie feminizm na co dzień to przede wszystkim mikroakty – małe gesty, z których korzystam i które celebruję: zabieranie głosu, proszenie o więcej, odpoczywanie bez tłumaczenia się, uśmiechanie się do innych kobiet i wielokrotne próby słuchania bez ocen i stygmatyzowania. To także czułość wobec siebie, docenianie swojej emocjonalności, wsłuchiwanie się w ciało i w swoje aktualne możliwości.

W praktycznym ujęciu stosuję to również w wychowaniu dziecka. Staram się mówić, że idziemy do „lekarki”, a nie do lekarza. Dzwonię do kierowniczki czy urzędniczki, gdy nie znam płci, nie zakładając z góry – jak przez lata robił to język, że będzie to mężczyzna. Opowiadam jej i zwracam uwagę na kobiecą reprezentację, na liderki, które realnie kreują nasz świat. Wspieram oddolne, babskie inicjatywy – te „dla dziewczynek i/lub kobiet” – oraz polskie kobiece marki. Z chęcią udzielam się na wydarzeniach i edukuję, m.in. poprzez konto „ej, Siostro”, mówiąc dziewczynkom o dream gap, różnorodności i kompetencjach, które mogą zdobyć – takich, które nie wymagają płci, a pracy, wytrwałości, serca i zaangażowania.
Pokazywanie potencjału
W social mediach lajkuję, udostępniam i komentuję działania innych. I staram się też podkreślać, że jako feministce nie chodzi mi o dzielenie, ale o łączenie. O pokazywanie potencjału, który tkwi w naszej różnorodności. O docenianie człowieka i dawanie mu wolności wyboru – bez względu na płeć.
Cały czas doskwiera mi fakt, że mimo iż kończy się 2025 rok, wciąż słyszymy o „pierwszej kobiecie, która…”, choć kobiety stanowią połowę tej planety. Wiem już jednak, że może całego świata nie zmienię, ale mogę zacząć od tych małych gestów w moim lokalnym środowisku.
***
Magdalena Caliva, graficzka w organizacji pozarządowej, artystka
Dla mnie feminizm to uważność na kobiety w każdym wieku i gotowość do działania, gdy ich prawa są zagrożone. To także zainteresowanie historiami kobiet oraz rozmowa o nich nie tylko w gronie kobiet, ale też z mężczyznami.
***
Tomasz Cieśla, przedsiębiorca, muzyk
Uważam, że pełna równość powinna być codziennością. Idealnie byłoby, gdyby feminizm nie był w ogóle potrzebny — bo wtedy równość byłaby tak oczywista, że nie musielibyśmy o niej dyskutować. Feminizm trzeba jednak widzieć szerzej niż przez pryzmat budowy ciała i możliwości fizycznych. To nie jest kwestia tego, kto jest w stanie wnieść coś na siódme piętro — to w gruncie rzeczy abstrakcyjny argument.
Nie musisz wnosić lodówki na 5. piętro
Często zarzuca się kobietom: „Skoro nie wniesiesz lodówki na piąte piętro, to co z ciebie za feministka”. Tylko że mężczyźni też zazwyczaj nie wnoszą lodówek sami — od tego są wózki, ekipy, sąsiedzi, kurierzy. A przede wszystkim: mężczyźni nie noszą przez dziewięć miesięcy ciąży, nie mierzą się z konsekwencjami zdrowotnymi, przeciążeniem kręgosłupa i całym kosztem fizycznym ciąży oraz porodu. Nikt nie zszywa mężczyzn po porodzie i nie wypisuje ich dwa dni później do domu.
Równość działa trochę jak liczba π (Pi). Niezależnie od tego, czy zapiszesz ją jako 3,14, 3,14159 albo nawet ułamek 22/7 (to tylko przybliżenie), chodzi o tę samą wartość — tylko przedstawioną w innej formie. Tak samo jest z równością: nie polega na tym, że mamy być identyczni pod względem siły, odwagi czy odporności. Równość jest wielowymiarowa i dotyczy tego, żeby każdy miał porównywalne prawa, szanse i szacunek — oraz wsparcie dopasowane do realnych różnic i wyzwań, z jakimi się mierzy.
***
Piotr Śliwowski, reżyser, scenarzysta
Równouprawnienie nie opiera się na szafowaniu wielkimi sloganami, tylko to, co robię na co dzień, czyli na przykład wsparcie partnerki, dawanie jej przestrzeni do realizacji planów. Gdy jeździliśmy z Martą Dzido do mniejszych miejscowości w Polsce i mieliśmy pogadanki z młodymi ludźmi na temat naszego filmu “Siłaczki” [o pierwszych polskich sufrażystkach], to tymi słowami budziłem niemałe zdziwienie. To było cenne świadectwo dla młodych.
***
Może Ty też chcesz podzielić się refleksją, czym dla Ciebie jest codzienny feminizm? Zachęcam do aktywności w komentarzach i/lub udostępniania wpisu. Śmiało! Proszę jedynie o kulturę wypowiedzi.
